Tysiące uczniów nie znalazło miejsc w szkołach.

Uczniowie kończący edukację na szczeblu podstawowym przeżywają wyjątkowo trudny czas. Najpierw nie wiadomo było, czy ze względu na trwający strajk nauczycieli będą mogli przystąpić do egzaminów końcowych. Teraz wielu z nich dalej nie wie, gdzie będzie od września kontynuować naukę. Rząd zapewnia, że wszyscy znajdą miejsce w szkołach średnich, nie dodaje jednak, że część młodzieży będzie skazana na szkoły branżowe.

Na początek kilka liczb. W roku szkolnym 2018/19 naukę w szkołach średnich rozpoczęło 474 tys. uczniów. W tym roku we wrześniu placówki czeka prawdziwe oblężenie – ok. 700 tys. absolwentów podstawówek i gimnazjów ubiega się o miejsca w liceach, technikach i szkołach branżowych. Według danych Ministerstwa Edukacji Narodowej, etatów nauczycielskich jest nieco ponad 605 tys.Teoretycznie nie wygląda to źle, ale diabeł tkwi w szczegółach.

Główny Urząd Statystyczny informuje, że najwięcej nauczycieli pracuje w szkołach podstawowych. W placówkach średniego szczebla najliczniejsi są pedagodzy uczący w technikach. Średnio w szkole średniej na jednego nauczyciela przypadało średnio 14-15 uczniów. To oczywiście sucha statystyka, która nie oddaje rzeczywistego stanu rzeczy – komfort pracy w grupie liczącej mniej niż 20 osób ma jedynie nauczyciel w prywatnej placówce.

Wolne miejsca jedynie w szkołach branżowych

Pojawienie się tzw. podwójnego rocznika wywróci liczby i zburzy wypracowany porządek. Już teraz wiadomo, że tysiące uczniów nie dostaną się do żadnego liceum, mogą mieć też problem z przyjęciem do technikum. Nawet jeżeli organy prowadzące zatrudnią dodatkowych nauczycieli, nie rozwiąże to w żaden sposób innych problemów, które spowodowała reforma edukacji Anny Zalewskiej.

Przede wszystkim każda klasa może liczyć maksymalnie 35 uczniów. Dyrektorom szkół trudno będzie stworzyć nowe oddziały, ze względu na ograniczenia lokalowe. Pewnym ratunkiem wydaje się wprowadzenie dwuzmianowego systemu nauczania, ale trzeba znaleźć środki na dodatkowe fundusze dla nowych nauczycieli. Te wszystkie rozwiązania to jedynie półśrodki, które nie mogą ustabilizować sytuacji. Utworzenie kilku nowych klas może pomóc jedynie w sytuacji lekkiego wyżu demograficznego. Dziś mamy do czynienia ze sztucznie wygenerowanym wzrostem liczby uczniów, której miejsc w szkołach nie jest w stanie zapewnić żaden samorząd.

Różnica widoczna jest gołym okiem. Według wstępnych informacji tylko w Krakowie do żadnej ze szkół średnich nie dostało się 2,5 tys. uczniów. Oczywiście w ubiegłych latach takie sytuacje też miały miejsce, ale liczba pechowców była dwa razy mniejsza. Przeważnie ogromna większość z nich finalnie znajdowała inne szkoły, gdzie mogli przygotować się do matury.

W tym roku będzie o wiele trudniej, ponieważ w większości liceów już nie ma miejsc. Pełne są nie tylko najbardziej renomowane placówki, ale także szkoły cieszące się zwykle mniejszą popularnością. Podobna sytuacja ma miejsce w technikach. Uczniowie mogą aplikować do szkół branżowych, ale absolwenci tych placówek nie zdają matury. Możemy więc mieć do czynienia z sytuacją, w której nawet całkiem niezły uczeń nie znajdzie szkoły, która zapewni mu uzyskanie świadectwa dojrzałości.

MEN zaklina rzeczywistość: winne są samorządy

Żeby było jeszcze ciekawiej, nawet laureaci konkursów i olimpiad przedmiotowych, którzy teoretycznie powinni mieć miejsce w wybranej przez siebie szkole, nie mogą być pewni dostania się do wymarzonego miejsca. Aby dostać się do najlepszych szkół, trzeba więc perfekcyjnie napisać egzamin końcowy i modlić się, aby inni nie napisali go lepiej.

W obliczu kolejnego odcinka chaosu w oświacie głos zabrał minister edukacji narodowej. W opinii Dariusza Piontkowskiego winne są przede wszystkim samorządy, które pozwoliły uczniom na aplikowanie do kilkunastu szkół równocześnie. – To powoduje, że w systemie ten sam uczeń pojawia się wielokrotnie, co może sprawiać wrażenie, że liczba uczniów ubiegających się o miejsca w szkołach średnich jest zdecydowanie większa niż rzeczywista liczba absolwentów – tłumaczy szef MEN.

Jeżeli minister oświaty ma rację, to najdalej za dwa tygodnie okaże się, że w większości liceów jest jednak sporo wolnych miejsc i uczniowie nie będą mieli problemów z zapisaniem się do nowej szkoły. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że czas upłynie, a wolnych miejsc w szkołach średnich dalej nie będzie.

Winny Trzaskowski, winny Majchrowski

Nie możemy mieć jednak wątpliwości, kogo władza wskazała jako przyczynę swojej oświatowej klęski. Dość niespodziewanie głos zabrała była szefowa MEN Anna Zalewska. – Rafał Trzaskowski jest odpowiedzialny za problem z tegoroczną rekrutacją do liceów w Warszawie – powiedziała na antenie radia TOK FM sprawczyni całego zamieszania.

Zgodnie z logiką Anny Zalewskiej, jeżeli uczeń nie dostanie się do szkoły w Krakowie, powinien mieć pretensje do Jacka Majchrowskiego. Jeżeli podobnego pecha będzie miał w Lublinie, skargi i zażalenia ma kierować do Krzysztofa Żuka. Samorządowcy powinni w ekspresowym tempie zbudować nowe placówki, zatrudnić w nich nauczycieli, a gdy za trzy lata uczniowie podwójnego rocznika skończą edukację – zamknąć szkoły i zwolnić nauczycieli, których będzie za dużo.

Odnoszę wrażenie, że tworząc reformę edukacji, rządzący zbytnio zasugerowali się słowami wieszcza narodowego, który opisywał, jak wygląda przygotowanie do kolejnego powstania:

Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,

Ja z synowcem na czele i? – jakoś to będzie !

Politycy Prawa i Sprawiedliwości jednak się przeliczyli. Żaden z rządzących nie ma teraz ochoty odpowiadać za oświatową klęskę. Wiem jednak, że „jakoś to będzie”, ponieważ polska szkoła nieraz pokazała, że potrafi działać w skrajnie niekorzystnych warunkach. Po raz kolejny szkoda tylko uczniów.